Gdy na porodówce cisza

1 listopada zawsze wzbudza we mnie pewien rodzaj zadumy. Nie wiem dlaczego bo nie straciłam nikogo bardzo bliskiego, nie jestem też stałym bywalcem cmentarza. W tym roku jednak moja zaduma przysiadła obok matek. Obok tych matek, które swoje dzieci straciły. Nie jest to popularny temat, wszędzie tylko pisze się jakie to szczęście i wyrzut emocji, gdy usłyszy się ten pierwszy krzyk. A co jeśli tego krzyku nie ma? Co jeśli na porodówce panuje przeszywająca cisza?

Pamiętam kiedyś swój dyżur na Patologii ciąży, właśnie 1 listopada. Pacjentką była kobieta, która leżała(dosłownie leżała, nawet bez wychodzenia do toalety) od jakiś 3 miesięcy. Dobiegała 19, więc myślami byłam już w domu zadowolona, że spokojnie minął dyżur. Już prawie miałam torebkę jak zabrzmiał dzwonek z jednej z sal. Odeszły wody. Odeszły wody właśnie u tej kobiety. Było za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie na poród. Nie minął 25 tydzień. W ciągu sekundy pojawiły się skurcze a że były inne wskazania decyzja o cięciu. Wydobycie dziecka trwało dosłownie chwilę. To co działo się później miałam wrażenie, że trwało wieczność. Cisza, skupienie personelu neonatologicznego przy reanimacji. Wysłuchiwanie chociażby delikatnego chlipnięcia dzieciaczka. I ten przeraźliwy płacz matki, gdy zobaczyła spuszczoną głowę pediatry. Przeszywająca gorycz, żal i niedowierzanie. Nie było osoby na sali operacyjnej, której nie poleciały by łzy. A nie była to pierwsza smutna sytuacja w naszych zawodowych doświadczeniach. Specjalistyczny szpital wydawało by się uodpornił nas na tragedię innych.

Nie tamtym razem. Wszyscy znaliśmy tę kobietę od dawna, poznawaliśmy jej rodzinę. Byliśmy przy niej gdy mijały kolejne szczęśliwe dni ciąży, kiedy miała chwile zwątpienia i kiedy się uśmiechała. Tyle walki, tyle poświęcenia i cisza. Ta cholernie przeszywająca cisza.

strata dziecka

Takich matek jest sporo. Pomimo ogromnego postępu medycyny nie potrafimy wygrać z naturą. Jest ona silniejsza. I zamiast po porodzie cieszyć się, pytać o imię czy doszukiwać się podobieństwa oczu mamy czy taty, po prostu milczymy. Bo cóż można powiedzieć. Wszystkie wyobrażenia o tym jak maluch będzie wyglądał, kogo charakter będzie miał, zostają przecięte w jednej chwili. I coś co mnie mocno irytuje. Warunki w polskich szpitalach. Kobieta po stracie bywa, że jest umieszczana na sali z kobietą po szczęśliwym porodzie. Często udaje się znaleźć dla niej osobną salę, tylko co z tego jak zza każdej ściany słychać płacz zdrowiusieńkich różowych bobasków. Czasu na pożegnanie, zobaczenie dziecka jest niewiele. Zazwyczaj gdy matka jeszcze nie wierzy, że to się naprawdę stało. Mam koleżankę, która urodziła w Niemczech. Niestety odkleiło się łożysko, nie udało się uratować małej Juleczki. Ale wiecie jak wyglądał pobyt w szpitalu? Matka była w osobnej sali z dala od szczęśliwych matek, całą dobę mogła przy niej być rodzina znajomi- i to nie po jednej osobie- wszyscy na raz. A co najważniejsze przez trzy dni nieżyjące dziecko było przy mamie, zabierane jedynie na noc. Mogła je mieć na rękach, tulić, całować, powoli się żegnać. Ważne, że pożegnać mogli się też najbliżsi, dziadkowie, o których często nie myślimy, a którzy tragedię przeżywają tak samo mocno. I to jest pożegnanie, to jest przejście w stan żałoby, a nie pokazanie matce dziecka na sekundę bo już trzeba przewieźć na sekcję zwłok. Taki mamy system, przepisy epidemiologiczne wykluczają pobyt dziecka na sali. W Niemczech jakoś się dało. Kiedy coś takiego będzie możliwe u nas? Za ile lat, stuleci?

Teraz będąc matką, pamiętając jak drżałam kiedy mała za mało się ruszała w brzuchu, kiedy po porodzie trzeba było zrobić jakieś dodatkowe badania, nie jestem sobie w stanie wyobrazić straty. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić skąd kobiety czerpią tyle siły gdy wali im się świat.

Ale wiem jedno, jeśli spotkało cię takie nieszczęście, na pewno zrobiłaś wszystko co mogłaś aby ratować malucha. Możesz być z siebie dumna, że leżąc całą ciążę, zapomniałaś o swoich niedogodnościach, uzależnieniu od innych. Walczyłaś o dziecko. Nie udało się, ale na pewno nie z Twojej winy. I choć życie nie będzie wyglądało jak do tej pory, wierzę, że Twoje dziecko będzie zawsze przy Tobie.

 

Podziel się swoją opinią na ten temat:

6 Komentarze na temat "Gdy na porodówce cisza"


Czytelnik
Marta
9 miesiące 9 dni temu

W 30tym tyg. ciąży dowiedziałam się że mój dzidziuś ma wielowadzie I nie przeżyje po urodzeniu bo nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować. Zaczęło się oczekiwanie na…pogrzeb 🙁 Powiedzieliśmy tylko najbliższej rodzinie by nikt nic nie kupował i też by się przygotowali. Każda napotkane znajoma cieszyła się na mój widok i dopytywala jak będzie miał na imię, czy w domu już wszystko gotowe a ja udawała że wszystko jest ok, po czym wracałam do domu i płakałam.
Mały na szczęście zechciał wyjść w 37tyg. ciąży w nocy w tempie ekspresowym na tyle że nie zdążyłam wsiąść do auta gdy przed domem odeszły mi wody i poczułam główkę w kroczu. Urodziłam po chwili w domu na podłodze w przedpokoju. Mąż dobiegł do mnie jak już trzymałam małego w rękach i czekaliśmy na pogotowie patrząc jak nasz syn umiera. Zostałam zabrana z dzieckiem do szpitala gdzie od razu zabrano mi już nie żyjącego syna i więcej go nie widziałam. Po wszystkich zabiegać, sali poporodowej przewieziono mnie do izolatki na oddziale ginekologii bym nie była wśród matek z dziećmi, do tego mąż był przy mnie cały czas. Wszyscy w szpitalu obchodzili się z nami jak z jajkiem za co jestem im bardzo wdzięczna, chociaż formalności po śmierci dziecka są masakrą i na prawdę trzeba mieć mocną psychikę by to znieść. Szkoda tylko że w takich sytuacjach nie należy się chociaż konsultacja psychologiczna bo myślę że by była potrzebna.

Czytelnik
Magda
1 rok 9 miesiące temu

Chociaż jestem w kolejnej ciąży, to nigdy nie zapomnę o moim pierwszym dziecku… Gdy w szpitalu lekarz powiedział mi „Proszę się nie nastawiać”, a następnego dnia „Proszę już tu nie wracać, bez względu na to, czy objawy się nasilą” nic do mnie nie docierało, nie rozumiałam, czułam się taka bezsilna, chciałam żeby je uratowali! Ale po wszystkim uważam, że lepiej było przejść to w domu niż właśnie na oddziale z innymi rodzącymi… Zawsze będę też wdzięczna rodzinie, że wspierała mnie do samego końca, chociaż sami też byli przerażeni. To było najbardziej dramatyczne doświadczenie mojego życia.

Czytelnik
Kasia
1 rok 9 miesiące temu

Popłyneły łzy. Minęło pół roku a ja nadal zadaję sobie pytanie dlaczego serduszko mojego maleństwa przestało bić. I ten ból kiedy musiałam poddać się zabiegowi. Lekarza który mówił żebym przestała płakać bo nie może mnie uśpić…… Moj aniołek zawsze będzie przy mnie…. wierzę że teraz czuwa nad swoim braciszkiem który rośnie we mnie.